O autorze
Arek Bober. Pasjonat, żyje gotowaniem i muzyką. Interesuje się wszystkim, co nie oznacza niczym. Jak gąbka zasysa wszystkie nowe trendy. Wielkie miasta dają mu energię i natchnienie, odludzia w lesie też. Praktykuje wymierającą sztukę używania zdrowego rozsądku i dobrego humoru. Był muzykiem death metalowym, didżejem i trybikiem w koncernie, długie lata studiował prawo i politologię, ale okazało się, że nie uda się oszukać przeznaczenia … Mieszka i pracuje w Londynie, gdzie jest szefem kuchni. Absolwent University of West London na kierunku International Culinary Arts. Prowadzi bloga eatafterreading.blogspot.com gdzie przemyca swoją filozofię gotowania i poszukiwania smaków.

Gwiazdką w stereotypy!

Kiedy dziesięć lat temu przyjechałem do Londynu nie miałem zamiaru zostać kucharzem. Marzyła mi się praca kreatywna, dizajn, projektowanie ubrań. Jednak w związku z umiejętnościami przekazanymi genetycznie i praktycznie kuchnia była najbardziej naturalnym sposobem znalezienia pierwszej (płatnej!) pracy.

Przez pierwszych kilka lat nie rezygnowałem ze swojego marzenia, każdą wolną chwilę spędzałem nad projektami a nawet je sprzedawałem. Jednak nadszedł taki moment, w którym stwierdziłem, że gotowanie to jest to. Właśnie TO co sprawia, że czuję się spełniony zawodowo. I pozwólcie, że nie będę rozwlekał się jak, dlaczego, jakie argumenty były za a jakie przeciw, ponieważ to po prostu pojawiło się niespodziewanie (dokładnie na stacji Barons Court) jak olśnienie…



Nie wiem jak wielu z Was było lub jest emigrantami. Obojętnie co mówią wyznawcy politycznej poprawności i szalejący optymiści prawda jest taka, że jesteśmy szufladkowani zgodnie z obowiązującym na temat danej nacji stereotypem. I nieważne, że osobiście ktoś nas lubi, zatrudnia, zacieśnia więzy. Przyparty do muru prawdopodobnie z tego stereotypu skorzysta (świadomie lub nie) a to w formie niewinnego żartu a to w pełni świadomej przycinki. Pragnę zapewnić, że nie narzekam na swój los, chcę tylko przedstawić jak najbardziej realny obraz sytuacji, która niestety w stosunku do Polaków (jak i pewnie pozostałych nacji) jest mówiąc delikatnie dwubiegunowa.

Niestety stereotypy z założenia są czarnym piarem, również te kulinarne. Standardem były i są: bigos, pierogi, flaki, buraki, kapusta. Najbardziej popularne pierwsze słowa wypowiedziane przez cudzoziemca w języku polskim to kurwa, dupa, do widzenia. Ostatnio usłyszałem od nowo poznanej koleżanki kochaj mnie, ale jak się później okazało chodziło jej o kochanie - zaskakujące!

Dziesięć lat to dużo. Wiele rzeczy się zmieniło, ludzie o wielu zapomnieli. Niedawna rozmowa z amerykańsko-brytyjską autorką książek enologicznych potwierdziła tezę. Rozmawialiśmy o składnikach, pochodzeniu potraw, tradycjach etc. Wspomniałem jej o moim pierwszym szoku, który przeżyłem po przyjeździe: Brytyjczycy nie zbierali grzybów! Niestety w instynktownym odruchu powiedziała, że to nieprawda, ale po wtórnej kalkulacji musiała mi przyznać rację. Jednak, żeby nie stracić twarzy lidera zaczęła mnie zarzucać wątpliwymi faktami dotyczącymi angielskiej kuchni regionalnej i jej wpływu na kuchnię europejską. Na co ja wyciągnąłem z rękawa Kupców Korzennych, pierwszą w Europie kawiarnię i polskich piekarzy, którzy nauczyli Francuzów robić zakwas (do dzisiaj nazywany polish starter). Z wyższością typową dla osoby pochodzącej z oczywiście bardziej zaawansowanej cywilizacji zachodniej zaczęła dowodzić, że zakwas to pewnie Chińczycy lub Fenicjanie a tylko nowoczesny sposób pieczenia chleba na zakwasie to polska szkoła. Nie jestem wielkim znawcą historii gastronomi czy antropologii jedzenia i nie chcę za wszelką cenę dowodzić wyższości naszej (głównie zapomnianej) tradycji kulinarnej nad inną tradycją kulinarną. Chodzi mi o przedstawienie schematu rozumowania tej pani oraz wielu, wielu innych, według którego oficjalnie nic dobrego poza granicą Odry nie mogło zostać wymyślone. Doskonale się tam za to robi interesy i jako rynek zbytu jesteśmy cacy.

Fakt dekadę temu Londyn był a może zaczynał być liderem światowej sceny gastronomicznej, ale w Anglii nie było kultury gastronomicznej. Byli świetni szefowie, dobre restauracje, ale rynek nie był wymagający, królowała angielska interpretacja kuchni francuskiej lub jej imitacja. Teraz się to zmieniło. I to bardzo. Świadomość kulinarna wzrosła, jakość i dostępność produktów też, ale… Ale o czym ja chcę powiedzieć? O tym, że gwiazdka Michelin zdobyta przez Wojciecha Modesta Amaro to wielki przełom w polskiej gastronomii, którego wagę prawdopodobnie można bardziej odczuć poza Polską (oczywiście nie ujmując niczego wielkości wydarzenia w kraju!). To kamień milowy, poważny i niezaprzeczalny argument w dyskusji z pseudoznawcami gastronomii (typ pani znawczyni win itp.) a w rozmowach z kulinarnie oświeconymi dowód na to, że mamy pasję, potencjał i potrafimy to wykorzystać. Myślę, że już czas żebyśmy odzyskali swoje miejsce na kulinarnej mapie świata i stali się partnerami a nie tylko kuchcikami w obcych kuchniach. Czekam na kolejne powody do dumy i radości nie tylko z Atalier Amaro. Zasługujemy na to. Wierzmy w to.

Kilka tygodni temu udało mi się osobiście spotkać Szefa Amaro i jego żonę w Londynie, pogratulować sukcesu i podziękować za otwarcie i zwrócenie kulinarnych oczu świata na Polskę. Dzisiaj robię to ponownie. Gratuluję, trzymam kciuki za utrzymanie gwiazdki, dodanie drugiej i miejsca na liście Top 100 San Pellegrino. Skoro udało się zjadaczom fiszenczipsa i sosu miętowego, nam też się uda!
Trwa ładowanie komentarzy...